Hej kolęda, kolęda – Mirek KULESA

Dzielenie się jest dbaniem o innych!

Na przełomie każdego roku, przez nasz piękny kraj nad Wisłą przetaczają się dwie nawałnice (social) medialne, ukazujące polaryzację polskiego społeczeństwa. Jedna z nich zaczyna się już tak gdzieś od pierwszej połowy grudnia od wysypu memów w stylu „Ile dajesz księdzu po kolędzie? – 15 sekund, później spuszczam psy”. Przyznam szczerze, że to byłoby nawet na swój sposób ciekawe, gdyby nie to, że zwykle podobne memy umieszczają typy w stylu „ Gieroj w necie – sirota w świecie”. Ale o tym za chwilę. Druga nawałnica zaczyna się w okresie tuż przed i poświątecznym a związana jest z WOŚP-em. Nad tym tematem nie chce mi się rozwodzić. Zresztą 4 lata temu popełniłem już jeden materiał na ten temat (na prywatnym blogu – tytuł artykułu „Zaś to samo Panie Kochany”, kto ciekawy ten sobie „wygugla”) i nie mam zamiaru się powtarzać, tym bardziej, że moje poglądy od tego czasu się nie zmieniły. Zatrzymam się więc na tym „gorącym” temacie jakim jest „wizyta duszpasterska” czyli KOLĘDA.

Zacznijmy od teorii.
Wizyta duszpasterska nie jest jakimś „widzi mi się” księdza lecz należy do jego obowiązków. Dla jednych jest to przykry obowiązek dla innych nie, ale to już zależy od charakteru księdza. Otóż Kodeks Prawa Kanonicznego w kanonie 529 par. 1, nakłada na Proboszcza (a ten rozdziela to również na wikarych) obowiązek odwiedzin duszpasterskich:
„Pragnąc dobrze wypełnić funkcję pasterza, proboszcz powinien starać się poznawać wiernych powierzonych jego pieczy. Winien zatem nawiedzać rodziny, uczestnicząc w troskach wiernych, zwłaszcza w niepokojach i smutku, oraz umacniając ich w Panu, jak również – jeśli w czymś nie domagają – roztropnie ich korygując.”

Główne cele kolędy to:
– Wspólna modlitwa, połączona z błogosławieństwem mieszkań oraz przedmiotów kultu. Wszak czego można wymagać od księdza jeśli nie modlitwy i błogosławieństwa. Jest to jakby naturalnie wpisane w jego posługę.
– Poznanie wiernych i warunków ich życia. Czasem zżymamy się na księdza, że mówi kazania „od czapy”… A jakie ma mówić skoro nie zna parafian, ich problemów, trosk. Jak skuteczne będzie jego posługiwanie skoro nie będzie miał pojęcia np. o życiu sakramentalnym wiernych powierzonych jego opiece. Skoro nie będzie znał ani duchowych ani materialnych potrzeb parafian.
– Próba włączenia wiernych w życie wspólnoty parafialnej. Zachęcenie do większego zaangażowania w życie tej części organizmu Kościoła jakim jest parafia. Czasem narzekamy, że w parafii nic się nie dzieje ale jakoś sami nie kwapimy się, żeby samemu coś zrobić. I jest jak na tym rysunku: Trzy kolejki. Jedna do doradzania, druga do krytykowania a trzecia do roboty. Przy dwóch pierwszych długie „ogonki” a przy trzeciej pusto albo najwyżej dwie trzy osoby. I tak bywa w parafiach. Jest kilka grup. Co z tego jeśli działają w nich ci sami ludzie.
– „Działalność misyjna” i ewangelizowanie parafian, zwłaszcza tych którzy stoją gdzieś pod przysłowiowym chórem. Nie chodzi tu bynajmniej o miejsce zajmowane w kościele (budynku) ale w Kościele (wspólnocie). Chodzi tu bardziej o zachęcenie do podjęcia życia sakramentalnego (chrzty, spowiedzi, Komunie, uczestnictwo w Eucharystii, uregulowanie spraw małżeńskich itp.)
– Wsłuchanie się w głos parafian. Wiadomo, że każdy z nas ma swoje spojrzenie na parafię. Wywodzimy się też z różnych wspólnot, mam swoje doświadczenie wiary. Czasem ludzie chcą się tym podzielić. Ksiądz powinien ich wysłuchać i w serdecznej szczerej rozmowie odnieść się do nich. „Ten pomysł jest niezły można spróbować go wprowadzić w życie”… „Wie Pan idea generalnie jest dobra, ale to co sprawdzało się w mieście niekoniecznie musi się przyjąć tutaj. Pracuję tutaj już kilka lat poznałem trochę ludzi obawiam się, że to może nie wypalić, ale może warto spróbować”
– Wymiar materialny czyli osławione ofiary składane w czasie wizyty duszpasterskiej. To może warto trochę odczarować ten mit. Wielu ludzi myśli, że kolęda to dla księdza „złote żniwa” ale jest w tym tylko trochę prawdy. Oczywiście ofiary są składane! Ale Drogi Czytelniku zanim zaczniesz mnożyć ofiarowaną przez siebie kwotę przez ilość mieszkań odwiedzonych przez księdza i wyjdzie Ci „astronomiczna” trzynasta pensja księdza to pozwól, że trochę ostudzę ten zapał. Po pierwsze nie każdy daje tyle co Ty i nawet jeśli ktoś da więcej od Ciebie to sporo ludzi da mniej i „średnia” spada. „Noooo, ale ilość mieszkań zrobi swoje!”
Owszem. Tyle, że często zdarza się tak, że ksiądz w jednym, drugim, piątym mieszkaniu weźmie ofiarę… i to co zebrał zostawi w dziesiątym, bo tam bardziej potrzeba. Ale o tym się nie mówi, bo w sumie po co?

Poza tym jeśli już obliczyłeś tą „trzynastkę” księdza na yfdziesiąt tysięcy to naprawdę podziel to przez trzy, będzie bardziej zbliżone do prawdy. Dalej wychodzi dużo? No to teraz odlicz 25 % które ksiądz jest zobowiązany odesłać do Kurii, następnie kilkaset złotych „na misje”, kolejne kilkaset „na seminarium” i jeszcze parę stówek „na Caritas” no i byłbym zapomniał jeszcze parę wizerunków króla Władysława Jagiełły na „caritas sacerdotalis” czyli po prostu na księży emerytów. I kwota trochę stopniała. Ale i tak jeszcze coś zostało. Na co ksiądz to wydaje? A to już zależy od księdza. Jeden pewnie dołoży do samochodu a inny przeznaczy na działalność duszpasterską. Zwłaszcza gdy prowadzi grupy ministrantów lub grupy młodzieżowe to celów duszpasterskich mu nie zabraknie. Po co to piszę? No nie po to, żeby się żalić, bo bym ciężko zgrzeszył. Po prostu po to, żeby pewne sprawy odmitologizować.
A tak na marginesie, Drogi Czytelniku, ten wymiar materialny naprawdę nie jest najważniejszy. Jeśli masz na co a najczęściej na kogo wydawać pieniądze lub jeśli uważasz, że nie należy tego robić, albo po prostu temu konkretnemu księdzu nie chcesz dać pieniędzy (bo np. uważasz, że na to nie zasługuje), NIE MUSISZ TEGO ROBIĆ.

To tyle teorii. A jak to wygląda w praktyce. Bardzo różnie. To jest uzależnione jako się rzekło od księdza ale również i od parafian. Wielu ludzi myśli, że kapłan o niczym innym nie marzy jak o okresie świątecznym i o tym, żeby z ogromną radością ruszyć na kolędę. Noooo, nie. Tak nie jest. Nie mam zamiaru wypowiadać się w imieniu wszystkich księży. Więc wypowiem się w swoim. Kolęda sprawiała mi radość tylko z jednego powodu. Bo po prostu LUBIĘ LUDZI i lubię się z nimi spotykać. Ale nie czarujmy się, zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy mieli ochotę spotykać się ze mną.
OK. Spróbujmy to jakoś zobrazować. Spójrzmy na to oczami wikarego. Wstajesz o 6 rano bo o 7 masz mszę albo konfesjonał. Następnie szybkie śniadanko i na godzinę 8 do szkoły. W tejże zmagasz się z „milusińskimi” gdzieś do 15:30 – 16. Powrót na plebanię, nawet nie ma czasu na obiad bo ministranci już czekają i daaaaawaj na 30 mieszkań. Przy czym faktycznie mile widziany jesteś może w 10 z nich. W pozostałych wyraz twarzy domowników wyraża zdanie: „Chłopie idź już stąd”. Ale obowiązek to obowiązek trzeba przynajmniej spróbować. Po modlitwie i rytualnym podpisaniu zeszytów i obrazków trzeba jakoś zagadać aby rozpoznać te „troski”, „niepokoje i smutki” wspomniane w kanonie 529.

– Jak Państwu miął ten rok? – pytam
– Dobrze – pada odpowiedź tak sucha, że staram się aby kolejne pytanie nie było iskrą, która rozpali pożar.
– A jak tem ze zdrowiem, wszystko w porządku?
-Tak – słyszę w odpowiedzi. OK, mój błąd. Nie powinienem kończyć pytaniem zamkniętym.
-A jak tam z pracą, bo teraz to wszę… – nie zdążyłem dokończyć
-Dobrze – dociera do mnie. I Już wiem, że powinienem wyjść
– W takim razie Szczęść Boże i Niech Pan Jezus Błogosławi w Nowym Roku – życzę na odchodnym i idę licząc, że u sąsiadów będę milej widziany.
Oczywiście, że zdarzają się domy i mieszkania gdzie ksiądz jest mile widziany… A nie, nie wymienię, bo o kimś zapomnę i będzie kwas. Ale zainteresowani i tak wiedzą. Wtedy ten niezamierzenie zaoszczędzony czas przeznacza się na rozmowę z tymi, którzy chcą. A i tak na wyjściu usłyszysz:
– To już ksiądz idzie? Wpadł ksiądz jak po ogień… No nic. Jak się księdzu już skończy ta kolęda to niech ksiądz da znać. Posiedzimy dłużej.
I niejednokrotnie tak się dzieje.

Zastanawiało mnie czasami dlaczego ludzie, którzy nie mają najmniejszej ochoty wiedzieć księdza po kolędzie w ogóle otwierają drzwi? Tradycja? No nie wiem, może, ale chyba wolałbym już z takiej tradycji zrezygnować. Aż pewnego dnia mnie olśniło. Jest to po części związane z kościelną administracją. Otóż jak już wcześniej wspomniałem w Polsce przynależność parafialna jest terytorialna a nie personalna. Należę do parafii na terenie której mieszkam, a nie do tej do której się zapiszę (jak np w USA). A co za tym idzie… Z proboszczem lepiej żyć w zgodzie, tym bardziej jeśli proboszcz to taki typ w stylu „Ja, Pan i Władca na krańcu świata”. Szczególnie widoczne to jest w małych miejscowościach czy na wioskach. Wtedy faktycznie lepiej mu nie wchodzić w drogę bo jeszcze mu się włączy myślenie: „Taaaaaaak, nie przyjmiesz mnie po kolędzie??? No to czekaj… jeszcze przyjdziesz do kancelarii po jakieś zaświadczenie”. To oczywiście gorzki żart, ale nie pozbawiony podstaw. Jednak i na takie myślenie jest sposób. Po prostu trzeba być świadomym swoich praw. Bez ważnej przyczyny Proboszcz nie może czegoś takiego zrobić. A jeśliby próbował to należy udać się do zwierzchnika i sprawa będzie załatwiona.
Podsumowując. Na podstawie szesnastoletnich obserwacji, wizyta duszpasterska z obecnym polskim wydaniu mija się z celem. Ponieważ w10-15 minut jakie jesteś w stanie poświęcić każdej Rodzinie w życiu nie zrealizujesz celów zawartych w założeniach. To po prostu za mało czasu. W efekcie kolęda zostaje sprowadzona do roli wizyty inkasenta z gazowni. I może właśnie stąd tyle wokół niej niejasności w ostatnich czasach.
To co byś zrobił Mądralo? – ktoś zapyta.
Po pierwsze szedł do tych którzy chcą, po drugie rozłożyć wizyty na cały rok. Gdzie jest powiedziane, że to ma być tylko w okresie bożonarodzeniowym? Nazwa „kolęda” jest tylko naszą tradycją. Formalnie nazywa się to „wizyta duszpasterska” co otwiera możliwość spotkanie się w innym terminie.

Jak to wygląda w Stanach?
W USA generalnie nie ma kolędy a już na pewno nie w takiej formie jak w Polsce tzn. „dzisiaj ksiądz idzie na to i na to osiedle albo do tego i tego bloku”. Bo po pierwsze na tej samej ulicy obok siebie mieszkają katolicy, protestanci, muzułmanie, hinduiści i niewierzący. To by nie wypaliło. Po drugie, o czym już wspominałem przynależność do parafii jest personalna. Czyli ktoś może mieszkać na terenie mojej parafii ale należeć do parafii sąsiedniej. To z jakiej okazji miałbym podkradać parafian. Po trzecie. Amerykanie w ogóle nie znają tej tradycji (chyba, że mają polskich sąsiadów). Wychowani w anglosaskiej tradycji swój dom traktują jak swoją twierdzę (My home is my castle). Oni są bardzo towarzyscy, uwielbiają razem spędzać czas… ale nie w swoim domu. Miejscem spotkań jest kręgielnia, pub, restauracja. Dom jest dla rodziny. Jeśli Amerykanin zaprosi Cię do domu to znakiem tego, że bardzo Ci ufa. Ale to naprawdę bardzo. W ciągu 2,5 roku tutaj o

dwiedziłem może pięć typowo amerykańskich domów i poczytuje to sobie za ogromny zaszczyt.
Tradycję wizyty duszpasterskiej kultywują tutaj głównie Polacy.

„Moi Kochani. W naszej polskiej tradycji czas bożonarodzeniowy jest związany z wizytą duszpasterską. Jeśli ktoś ma ochotę się spotkać na wspólnej modlitwie poświęceniu domu i chwili rozmowy to z tyłu kościoła są listy można tam wpisać imię nazwisko i numer kontaktowy (dobrze, że w USA nie ma RODO). Ja w tygodniu zadzwonię i umówimy się na konkretny dzień i godzinę.”
I ludzie się zapisują. Następnie się umawiamy. Jedna góra dwie kolędy dziennie. Tak, żeby każdej Rodzinie dać co najmniej 2 godziny (no co? Nie moja wina, że jestem gadułą… No dobra… trochę moja). Dalej wizyta duszpasterska idzie normalnie. Modlitwa, błogosławieństwo i czas na to żeby się poznać. Żeby ksiądz poznał parafian a parafianie księdza. I to ma sens. W tym roku odwiedziłem ok 30 rodzin tyle co w Polsce w jeden dzień. Ale przynajmniej miałem pewność, że byłem mile widziany. I kolejny raz poczułem się potrzebny.

Powiązane wiadomości